Jak umierają lekarze?

Wielu z nas pasjami ogląda seriale medyczne, np. „Ostry dyżur”, „Dr House” czy „Chirurdzy”. Podziwiamy zaawansowanie amerykańskiej medycyny, pomysłowość i wszechstronność lekarzy, możliwości diagnostyczne i terapeutyczne, często wzdychając przy porównaniu możliwości za oceanem z naszą rzeczywistością. Bohaterami wielu odcinków są pacjenci z chorobami nowotworowymi, o których walczy się do końca, proponując coraz to nowe metody leczenia: kolejną chemioterapię, naświetlania, zabiegi. Niekiedy i sam serialowy lekarz staje w obliczu poważnej, potencjalnie śmiertelnej choroby.

Czy jako widz zastanawiałeś się kiedyś, jak w rzeczywistości prawdziwy lekarz, mając do dyspozycji pełen arsenał możliwości terapeutycznych, zachowałby się, gdyby to u niego stwierdzono chorobę, w przypadku której prawdopodobieństwo wyleczenia jest niewielkie? Czy korzystałby z dobrodziejstw medycyny, walcząc o każdy kolejny dzień, tydzień, miesiąc życia, czy też podjąłby inną decyzję? Zagadnieniu temu przyjrzał się emerytowany już lekarz medycyny rodzinnej i wykładowca amerykańskiego Uniwersytetu Południowej Karoliny, Ken Murray, który swoje przemyślenia opublikował w dwóch artykułach „Jak umierają lekarze” (How Doctors Die) i „Lekarze rzeczywiście umierają inaczej” (Doctors Really Do Die Differently). Postawił on tezę, zgodnie z którą lekarze wybierają inaczej niż reszta społeczeństwa. Częściej walczą o jakość życia, a nie o jego długość. Wolą godnie umierać, niż żyć w przedłużającym się cierpieniu. Dzieje się tak zapewne dlatego, że w codziennej pracy niejednokrotnie widzą skutki uporczywego leczenia i ogrom bólu, jakie często ze sobą ono niesie. Wielu z nich widywało przypadki podtrzymywania przy życiu chorego, choć jego sytuacja i rokowania nie pozostawiały wiele złudzeń. Wielu widziało również wymuszone przez bliskich chorego rozpaczliwe próby podejmowania kolejnych chemioterapii, będących przyczyną licznych dolegliwości i cierpień w zamian za kilka dni życia. Koszt takiego leczenia, zarówno finansowy, jak i emocjonalny, jest ogromy, a jego efektem jest jakość życia, której, jak mówi sam Murray, nie życzyłby nawet terrorystom. Wspomina on, że w takich sytuacjach jego koledzy zwykli mawiać: „Nie pozwól, żeby przydarzyło mi się coś takiego”. Wielu lekarzy nosi bransoletki czy medaliki z adnotacją, by w krytycznych stanach nie podejmowano w stosunku do nich resuscytacji. Niektórzy zalecenie to mają nawet wytatuowane na klatkach piersiowych! Zgodnie z powszechną opinią resuscytacja krążeniowo-oddechowa ratuje życie (wszyscy przecież oglądaliśmy jej efekty w telewizji, aż 75% przypadków przedstawionych w mediach wskazuje, że tak właśnie jest), podczas gdy w rzeczywistości, jak podkreśla Murray, jej rezultaty są mierne. Zwłaszcza, jeśli pacjent cierpi na ciężką, śmiertelną chorobę, czy jest w zaawansowanym wieku: szanse na powodzenie resuscytacji są minimalne (8%), a cierpienie związane z tą procedurą ogromne (technika ta wiąże się np. z połamaniem żeber).

Amerykańscy lekarze, jak wskazuje Murray, mimo że mają dostęp do najlepszej opieki, nie korzystają z niej. Jako specjaliści, wiedzą, jakie są ograniczenia medycyny, znają scenariusz rozwoju choroby, na którą cierpią. Dzięki tej wiedzy mogą dokonać świadomego wyboru. I takiego właśnie dokonują. W jednej z prac badających preferencje lekarzy (różnych specjalizacji: od lekarzy rodzinnych po lekarzy onkologów) w przypadku zdiagnozowania u nich śmiertelnej choroby, aż 86% badanych zadeklarowało, że skorzystałoby z opieki paliatywno-hospicyjnej, rezygnując z agresywnego leczenia wydłużającego życie.

Jednocześnie spośród uczestniczących w badaniu lekarzy zaledwie 1 na 3 przeprowadzał z chorym w stanie terminalnym rozmowę o możliwości objęcia go taką opieką. Wniosek, jaki wysunęli autorzy tego badania, był następujący:

Lekarze preferujący wybór opieki hospicyjnej w obliczu własnej choroby terminalnej taką opcję powinni przedstawiać swoim nieuleczalnie chorym. Lekarze mający negatywny stosunek do opieki hospicyjnej powinni rozważyć dodatkową edukację w tym zakresie, by wiedzieć, w jaki sposób opieka ta może stanowić wsparcie dla ich pacjentów.

Czy my, zwykli oglądacze seriali, mając tę samą wiedzę, zdecydowalibyśmy podobnie jak lekarze? Prawdopodobnie tak. Niemal każdy z nas zapytany o to, jakiej by sobie życzył śmierci, odpowie, że pragnie dla siebie i swoich bliskich „dobrej śmierci”: bez bólu, z możliwością pozamykania spraw niedokończonych, często w domu, wśród bliskich, z którymi może się pożegnać. Tymczasem – jako pacjenci lub bliscy chorych – dysponując niekompletnymi informacjami, a czasem walcząc z mętlikiem w głowie z ich nadmiaru, wpadamy w labirynt wyborów. Jako opiekunowie swoich chorujących bliskich chcemy przecież dla nich jak najlepiej. Chcemy zrobić „wszystko, co można” i nie zawsze rozumiemy, z czym wiąże się owo „wszystko”. A czasem będzie to kolejny kurs chemii, intubacja, wentylacja, resuscytacja itd. – procedury i zabiegi, które oferują dodatkowy czas, niekoniecznie „dobrą śmierć”. Jak wskazuje dr Murray aż 70% Amerykanów chciałoby umrzeć we własnym domu, w otoczeniu bliskich i pupili, ale tylko 24% rzeczywiście odchodzi w ten sposób. Wyniki tych obserwacji wskazują wyraźnie, że istnieje przestrzeń do budowania relacji pełnej zaufania między pacjentem i jego rodziną a lekarzem, w której pojawi się miejsce na dyskusję o opiece paliatywno-hospicyjnej i przewadze komfortu życia nad jego długością w obliczu śmiertelnej choroby. Niestety, przestrzeń ta, jak wskazują wyniki badań, ciągle jest niezagospodarowana: wielu lekarzy nie jest przygotowanych do takich rozmów, wielu nie dysponuje zapleczem psychologicznym. Pozostaje mieć jednak nadzieję, że jako pacjenci i bliscy chorych coraz częściej będziemy spotykać lekarzy o empatii i umiejętnościach komunikacyjnych zbliżonych do tych, jakimi mogą pochwalić się postaci ze szklanego ekranu. Pomijając dr. House’a oczywiście.