Ilona Miler była jedną z pierwszych wolontariuszek gdańskiego Hospicjum Pallottinum (obecnie Hospicjum im. ks. E. Dutkiewicza SAC). Towarzyszyła chorym, przyprowadzała do hospicjum nowych wolontariuszy, organizowała pierwsze w Gdańsku Pola Nadziei. W tym roku wróciła do hospicjum jako pacjentka. Odeszła pod koniec lutego. Dziś jej uśmiechnięta twarz pozdrawia nas z plakatów Fundacji Hospicyjnej i z pierwszej strony Gazety Wyborczej z dnia rozpoczęcia akcji "Umierać po ludzku".
Poniżej prezentujemy wspomnienia Ilony spisane przez Marzenę Świtałę, a zamieszczone na łamach dwumiesięcznika "Hospicjum to też Życie" oraz.poświęcony jej reportaż Bożeny Aksamit z Gazety Wyborczej.

Fot. Ilona Miler wolontariuszka i pacjentka gdańskiego hospicjum z córką Mariką. Fot. Szymon Brzóska
Bożena Aksamit
Ilona Miler
Ilonę Miler znałam przez ostatnie 50 dni jej życia. Umierała na raka. Mimo cierpień zgodziła się ze mną rozmawiać - o tym, czego doświadcza człowiek, kiedy świadomie decyduje się pomagać umierającym.
Ilona przez pięć lat pracowała przy tworzeniu gdańskiego Hospicjum im. ks. Dutkiewicza, przekonała wielu zamożnych ludzi, by dołożyli się do kosztów budowy. Sama najlepiej spełniała się "na tyłach". Codziennie odwiedzała innych, a gdy dowiedziała się, że umiera, postanowiła spędzić ostatnie chwile w najbezpieczniejszym miejscu. W swoim hospicjum.
Była niezwykła. Wiedziałam to już, gdy pierwszy raz spojrzałam jej w oczy. I nie zmieniło się to do ostatniego spotkania, gdy zachwycała się herbatą z derenia, którą jej przyniosłam. Rozmawiałyśmy o tym, jakie mamy włosy, i o największym marzeniu Ilony -żeby duszkiem wypić szklankę zimnej źródlanej wody.
Nie zdążyła. Umarła trzy dni później. Była osobą głęboko wierzącą, miała łaskę wiary w nieśmiertelność. Umierała niezwykle świadomie i godnie. Pogodzona z życiem, otoczona czułością bliskich.
Ilona powiedziała mi, że śmierć zamyka oczy jednym, a otwiera drugim. Gdy ks. Piotr Krakowiak, szef hospicjum i jej przyjaciel, dowiedział się o tym, powiedział, że "Ruda" jest pierwszą wolontariuszką
Teraz jestem szczęśliwa
Spotkanie z człowiekiem, który odchodzi, i jego bliskimi jest nieporównywalne z niczym innym. Chcę wam opowiedzieć o takim spotkaniu
- Niech jej pani nie męczy - prosiły mnie pielęgniarki.
- Jest aniołem - powiedziała na mój widok siedząca na krawędzi łóżka przyjaciółka Ilony.
Tego dnia nie porozmawiałyśmy, było zbyt dużo ludzi.
Przyjdę za dwa tygodnie na dłużej.
- Dzisiaj rzeczywiście nie ma warunków - uśmiechnęła się do mnie Ilona. - Spotkamy się, jak pani wróci z ferii.
- Ona może umrzeć w każdej chwili - ostrzegły mnie pielęgniarki.
Nie wierzyłam.
Gdy po raz pierwszy ją widziałam, trzymała komórkę przy uchu, zirytowana głośno coś tłumaczyła. Po chwili rozmawiała wesoło z córką i przyjaciółką.
Piękna, rudowłosa z alabastrową cerą i ciemnymi, mądrymi oczami. Z promiennym uśmiechem, którego nie sposób zapomnieć.
Ilona Miler o tym, że ma zaawansowany nowotwór żołądka, dowiedziała się kilka dni przed ostatnim sylwestrem. Cierpiała już wiele miesięcy, bezowocnie leczona na reumatyzm. Gdy zmieniła lekarza, okazało się, że jest już za późno, bo rak wyniszczył jej organizm. W styczniu zdecydowała, że ostatnie chwile chce spędzić w gdańskim Hospicjum im. ks. Dutkiewicza.
1 lutego piątek
Bożena Aksamit: Przez dwa lata prawie codziennie spotykała się pani z umierającymi. To dość niezwykłe.
Ilona Miler: Dlaczego?
Jest tyle normalniejszych sposobów spędzania wolnego czasu.
- Uważa pani, że to jest nienormalne. Zadałaby pani to pytanie komuś, kto codziennie biega na zakupy, ogląda mecze albo zajmuje się liczeniem kalorii w sałacie. Chciałam robić coś pożytecznego, była to głęboka duchowa potrzeba.
Trójka dzieci, praca. Miała pani jeszcze siłę i czas, żeby odwiedzać chorych.
- Dzieci były już duże. Owszem, rodzina wyznacza nasze granice, ale kobieta nie powinna się ograniczać do garnków, zakupów i dzieci. Musi wyjść z domu.
- Każdy człowiek powinien spróbować przekroczyć własne ramy, wyjść poza własne widzimisię.
A może próbowała pani zapełnić pustkę, nadać sens nudnawemu życiu?
- A jakie to ma znaczenie! O czymś takim się nie myśli. Człowiek po prostu działa. Praca w hospicjum była wynikiem mojego nawrócenia, spotkań w szkole Nowej Ewangelizacji i uczestnictwa we Wspólnocie św. Jana od Krzyża.
Wcześniej odeszła pani od Kościoła. Przestała pani wierzyć w Boga?
- Zwątpiłam. Po drodze była joga i pobyt w Indiach. Ale cały czas czułam, że moje życie mija i nie jest specjalnie wartościowe. Dopiero gdy wróciłam do Kościoła, a potem zaczęłam przychodzić do hospicjum, wiedziałam, że robię coś ważnego i potrzebnego. Śmierć zamyka oczy jednym, ale otwiera drugim. Spotkanie z człowiekiem, który odchodzi, i jego bliskimi jest nieporównywalne z niczym innym. I nie chodzi tu o tanie emocje.
Zaczęło się pięć lat temu.
- Tak, wtedy po raz pierwszy trafiłam do hospicjum pallotynów. Gdy szłam na spotkanie z zakonnicą, która miała mnie wprowadzić, zadawałam sobie pytanie: Co ja mogę robić w hospicjum? W czym być przydatna, pomocna? Ale w trakcie spotkania z ks. Piotrem Krakowiakiem byłam już pewna, że to miejsce dla mnie. Hospicjum było wówczas jednym wielkim placem budowy. Było ciężko.
Dlaczego?
- Szykowaliśmy się do otwarcia oddziału dla dorosłych. Na początku przydały się moje kontakty. Trzeba było wyposażyć oddział, więc skrzyknęłam grupę przyjaciół i ruszyła wielka machina pomocy. Kupowali niemal wszystko - pościel, ręczniki, jednorazowe pieluchy itp. Oddział ruszał przecież od zera.
Były to zamożne osoby.
- Nie należą do najbiedniejszych. Kiedy przychodzili, żeby zobaczyć miejsce, o którym tyle im opowiadałam, mieli wilgotne oczy. Gdy pojawili się pierwsi chorzy i zaczęła działać kaplica, odwiedzali hospicjum. Często się modlili i zerkali na piętro, gdzie leżeli pacjenci. Wychodząc, zostawiali pieniądze. To był ich sposób pomagania.
A jak pani pomagała?
- Odnalazłam się w zupełnie inny sposób. Od samego początku czułam, że chcę być bezpośrednio przy chorych. W hospicjum toczy się życie, jest kruche, ale to życie. Ma swój rytm i rytuały. Skupiłam się właśnie na tym. Ale nie ominęła mnie pierwsza duża akcja zorganizowana przez hospicjum - "Pola Nadziei". Byłam jednym z koordynatorów. Zawsze opierałam się na znajomych i tym razem nie zawiodłam się. Okazało się, że moja przyjaciółka dobrze zna plantatora żonkili, który zaoferował się z pomocą. Wolontariusze, personel hospicjum, znajomi, przyjaciele, rodzina - wyszliśmy na ulice Gdańska z kwiatami, kwestując na rzecz hospicjum. Ale tak naprawdę najwięcej dostawałam od pensjonariuszy i ich bliskich.
Przychodziła pani codziennie.
- Nie mam problemu z ludzką fizjologią, więc myłam starszym osobom sztuczne szczęki, podmywałam pacjentów, przewijałam, karmiłam. Ale przede wszystkim byłam z nimi. Rozmawiałam i modliłam się.
Hospicjum jest dla katolików?
- Dla wszystkich, wyznanie nie ma znaczenia. Większość z nas myśli podobnie: śmierć jest przejściem do wieczności, smutnym zdarzeniem, które prowadzi do innego, lepszego świata.
Boimy się umierania i kontaktu z osobą, która odchodzi. Nie wiemy, jak się zachować, co mówić, robić.
- To jest część ludzkiego życia i trzeba umieć się z nim pogodzić. Najważniejsze, żeby nie czuć się samotnym. Odchodzenie jest łatwiejsze, gdy jest przy nas drugi człowiek.
- Ksiądz Piotr Krakowiak zaproponował mi, żebym została pracownikiem socjalnym hospicjum. Odwiedzałam około setki osób miesięcznie. Starałam się ich wspierać, jak umiałam, ale tak naprawdę przydałby się sztab specjalistów. Ludzie nie są przygotowani na śmierć. Rodziny nie radzą sobie z bólem emocjonalnym, chorzy - z fizycznym.
Po kilku miesiącach zrezygnowała pani.
- Mój syn zachorował i musiałam się nim zaopiekować. Gdy miałam wolną chwilę, wpadałam do hospicjum. Nagle okazało się, że ja też jestem śmiertelnie chora.
Jest pani tu z bliskimi. Córka jest od rana do wieczora, przychodzą synowie, przyjaciele.
- Dziś, kiedy po pięciu latach wróciłam tutaj jako pacjent, cała ta historia wydaje mi się niesamowita, ale bardzo spójna i poukładana. Będąc przy chorych, nieraz przychodziła mi do głowy myśl: ja też kiedyś mogę tu trafić. Widocznie tak właśnie musiało się stać. Teraz jestem szczęśliwa. Odpoczywam po szpitalnych terapiach, odpoczywam od zgiełku, bólu.
6 lutego środa
Jestem tu znowu, w hospicjum. Z okna Ilony widać stoczniowe dźwigi i stare owocowe drzewa. Budynek stoi w pięknej przedwojennej dzielnicy i wygląda jak niewielki, przytulny pensjonat. Każdy pokój ma łazienkę i wielkie okno. Pastelowe ściany, ciepłe mahoniowe brązy. Życzliwi ludzie. Wszystko, aby oswoić i tak nieuchronną śmierć, aby ostatnie chwile pensjonariuszy i ich bliskich mogły stać się godnym pożegnaniem z życiem.
Gdy przychodzę, na skraju łóżka siedzi Marika, córka Ilony. Czule całuje matkę w dłoń: "Damy radę, mamuś, zobaczysz". Ilona pojutrze wychodzi na przepustkę do domu.
Ma pani jakieś plany?
- Może zrobię sobie włosy albo pojadę na spacer zrobiła się taka ładna wiosenna pogoda
Kto będzie podawał pani leki?
- Marika, ale najpierw musi się nauczyć. Na szczęście nie jest to nic trudnego. Mam założone wenflony do podawania kroplówki i zastrzyków. Trzeba tylko wetknąć strzykawkę i już.
Ze szczupłego ramienia Ilony zwisa kilkucentymetrowa, plastikowa rurka, kolejne urządzenie przytwierdzone jest do zewnętrznej części dłoni.
Wchodzi pielęgniarka i przynosi na tacy kilka plastikowych kieliszków. Marika podaje mamie do ręki każdy kieliszek z osobna. Ilona powoli podnosi go i kolorowa tabletka zsuwa się na jej drobną dłoń. Ostrożnie wkłada ją do ust i przełyka z dużym wysiłkiem, popijając łyżeczką herbaty.
Nagle na jej twarzy pojawia się grymas bólu. Bardzo cierpi. Zmienia plastry przeciwbólowe przyklejone na klatce piersiowej, w okolicach mostka. Ilona opuszcza wezgłowie łóżka i zamyka oczy.
Marika bierze druty. Dzierga misterny, biały szal.
Ilona jest zbyt słaba. Przychodzę, zostawiam kwiaty i siedzę chwilę. Nie rozmawiamy.
20 lutego środa
Parę minut po siódmej rano, Mariki jeszcze nie ma. Ilona czuje się lepiej, ale i tak jest słaba. Dociera w końcu do mnie, że ona umiera.
Gdy ktoś nas krzywdzi, tak trudno jest wybaczyć. A bez tego nie zaznamy spokoju.
- To normalne, czujemy się zranieni, więc łatwiej jest nam się karmić gniewem i chęcią zemsty, ale gdy pojawia się świadoma wola, aby przebaczyć, już jesteśmy na dobrej drodze.
Gdy byłam pierwszy raz, nie chciałam dopuścić myśli, że pani jest bardzo chora. Wyglądała pani tak pięknie, i ta energia. Była pani wręcz zirytowana.
- Widać było? Niech się pani nie dziwi, człowiek w takim stanie, na krawędzi życia... Czasami nie daje rady.
Dla mnie było to pozytywne, że pani ma siłę.
- Teraz jestem już słaba. Chciałabym móc pani powiedzieć o wszystkim... Bardzo mnie boli. Proszę mi dać zimnej wody. Stoi na balkonie.
Pije chwilę drobnymi łykami przez słomkę, a ja przeszukuję jej łóżko. Mam znaleźć niebieski, foliowy worek wypełniony galaretowatą cieczą. Schładzam go pod strumieniem zimnej wody i podaję Ilonie, gdy kładzie go sobie na piersiach, widać, że przynosi jej ulgę.
Może kupię pani zioła, w Sopocie otwarto specjalistyczny sklep.
- Niech mi pani przyniesie ziółka na raka żołądka, takie ochładzające.
21 lutego czwartek
Przynoszę herbatę z owoców derenia. Marika parzy napar.
- Pycha.
Ilona uśmiecha się i rozsmakowuje w każdej kropli.
- Uwielbiam pić, a teraz nie mogę. Męczy mnie ciągłe pragnienie.
Dlaczego?
- Mój organizm nie przyswaja już tak dobrze. Wszystko się zmieniło. To, co kiedyś było na wyciągnięcie ręki, teraz jest niedostępne i stało się największym marzeniem. Tak bym chciała móc wypić szklankę zimnej wody jednym haustem. Poczuć chłód, który zatrzymuje się w żołądku.
Marika przytula się do mamy: "Może się jeszcze uda, mamuś".
25 lutego wtorek
7 rano, na recepcji nie ma nikogo, więc sama wpisuję się do zeszytu odwiedzin. Przechodzę przez wielki hol, pojawiła się wystawa górskich fotografii. Ktoś wczoraj musiał palić w kominku i zostawił niedopalone polana jasnego drewna.
Wspinam się na piętro i melduję pielęgniarkom, że przyszłam do Ilony Miler.
- Ona umarła wczoraj - mówi mi jedna z pielęgniarek
- Jak to? Niemożliwe!
- Proszę pani! - upomina mnie siostra. Ma łzy w oczach.
- Przepraszam.
- Zawsze jest nam trudno, gdy ktoś odchodzi, mimo, że mamy świadomość miejsca, w którym pracujemy. Ale jeśli śmierć zabiera przyjaciela, to ból jest wielki.
Ilona czuła, że odchodzi. W poniedziałek pożegnała się z bliskimi, poprosiła, by nie podawano jej zbyt silnych leków, chciała być świadoma w ostatnich chwilach życia. Gdy umierała, była z nią Marika.


